Montenegro
Polska-Słowacja-Węgry-Rumunia-Serbia-Bośnia i Hercegowina-Chorwacja-Czarnogóra
Dzień 1. Lublin -> Rzeszów
16.07.2018 180km

Wyruszamy z Lublina pełni obaw. Nie tylko dlatego, że czeka nas najbardziej wymagająca jak dotąd wyprawa. Ani nie dlatego, że mamy na swojej drodze przekroczyć aż 7 różnych granic państw. Nawet nie dlatego, że po raz pierwszy będziemy wracać do domu samolotem. Powód do obaw jest dużo bardziej prozaiczny: nie jesteśmy w pełni przygotowani. W natłoku zajęć, nie mogliśmy dopilnować, by wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wiemy, że powinniśmy byli zrobić więcej, aby zapewnić tegorocznej wyprawie sukces, ale po kolei...

Jak to już mamy w zwyczaju spotykamy się w dniu wyjazdu na lubelskim Rynku. I choć jedziemy w sześciu, przyjeżdża nas tylko pięciu. Dlaczego? Załatwiający na ostatnią chwilę sprawy urzędowe Kuba, w końcu wygrywa nierówną walkę z polską biurokracją. Niestety, aby odebrać paszport, który podejrzewamy wszyscy, że może być potrzebny na wyprawie, musi zostać do godziny 10:00 w Lublinie. Stąd jego nieobecność na pamiątkowym zdjęciu z uroczystego wyjazdu. Późniejszy pociągowy pościg Kuby za nami, to właściwie osobna historia, którą najlepiej, by opisał on sam: „Historia Kuby”.

My natomiast, wyruszywszy z Lublina, mamy w głowach wyryte jedno hasło: „Klocki dla Konrada”. Choć sumienny jak zawsze Konrad zostawił u naszego nieocenionego Piotrka rower do serwisowania już na dwa tygodnie przed wyprawą, to ten ostatni w natłoku obowiązków, znalazł czas by się tym zająć dopiero w przeddzień wyprawy. Ponieważ była to niedziela, zauważone podczas serwisu dokumentne zużycie klocków hamulcowych w rowerze Konrada nie mogło być wtedy naprawione. Podjęliśmy wówczas decyzję, że potrzebne klocki dokupimy po pierwszym dniu wyprawy. Byliśmy zatem zmuszeni by jeszcze pierwszego dnia dojechać do Rzeszowa, co wydłużyło planowany dystans o około 20km. Zapytacie: co to dla was? No cóż, to bite 180km bez rozgrzewki, niecodzienny dystans, nawet, gdyby nasze rowery nie były obciążone sakwami, a przecież to dopiero pierwszy dzień wyprawy, która ma trwać aż dwa tygodnie!

Mimo to, jedziemy twardo, Ja, Piotrek, Konrad (bez hamulców), Wojtek i Jędrzej. Właśnie! Nie zapominajmy o Jędrzeju, naszym najnowszym nabytku. Śledząc nasze podróże na stronie i fanpage'u, postanowił do nas dołączyć. Jest to zatem dla niego pierwsza wyprawa! Nie miał jak dotąd okazji jeździć dzień w dzień, tak dużych dystansów, nie zna uroków i trudności wyprawy, tak naprawdę nie wie co nas czeka. A my świadomi, że tak jest również obawiamy się, czy wypraw, której sami możemy nie podołać, nie okaże się dla niego zbyt wielkim wyzwaniem.

Zaskakuje nas ból kolan, który dokucza prawie wszystkim. Ja i Wojtek, właściwie wyjeżdżamy z Lublina z bólem, co paradoksalnie działa na naszą korzyść. Znamy te dolegliwości z poprzednich wypraw, jesteśmy przygotowani, mamy usztywniające opaski i leki przeciwbólowe, jesteśmy oszczędnie spakowani, wiemy jak jechać by oszczędzać kolana. Niestety długi dystans i pierwsze podjazdy weryfikują wytrzymałość stawów wszystkich z nas. Kolano boli Piotrka, który w przypływie fotograficznych ambicji zabrał ze sobą ciężki statyw. Kolano boli też Konrada, który nie miał zbyt wiele czasu, by trenować. Bandaże, tabletki, maści i zaciśnięte zęby – no cóż, nie zawsze jest ''Gentle''.

Ostatnia trudność, która już wkrótce wysunie się na pierwszy plan, by zostać tam niemalże przez całą wyprawę to deszcz. Bezlitosny, nieustający nawet na chwilę, zimny i wycieńczający deszcz. Padają na nas na przemian krople wielkie, ciężkie jak winogrona i złudna, delikatna mżawka, która powoli, metodycznie przenika każdą warstwę odzieży. Tak, więc przemoknięci do suchej nitki, zmarznięci pokonujemy kolejne kilometry. Postoje powodują, że marzniemy jeszcze bardziej, wysysając z nas resztki energii. Gorąca herbata w pizzerii kusi by zostać w ciepłym pomieszczeniu i nie jechać dalej.

Jeżeli zastanawiacie się, czemu nie wyjechaliśmy dzień później – odpowiedź jest prosta. Jesteśmy zmuszeni ukończyć wyprawę w przeciągu dwóch tygodni, gdyż mamy już kupione bilety na samolot powrotny. Dlatego, nie mogliśmy poczekać na Kubę, ani odwiedzić sklepu rowerowego w Lublinie. Goniący nas termin jeszcze niejednokrotnie da się nam we znaki.

Po długim, nużącym dniu, dojeżdżamy do Rzeszowa- miejsca, gdzie jak już wiecie czeka na nas Kuba znalazłszy niedrogi nocleg. Suche pomieszczenia mają nam posłużyć jako suszarnia, gdyż w swojej naiwności wierzymy, że deszcz ustanie i będziemy mogli spokojnie jechać dalej.

Dzień 2. Rzeszów –> Trzciana
17.07.2018 92km

Wspomniałem już o naiwności. Hmm, deszcz wciąż pada, a kolana wciąż bolą. Poranek wykorzystujemy by zebrać trochę sił i determinacji. Odwiedzamy sklep rowerowy w którym kupujemy potrzebne klocki, wymienia je nie tylko Konrad, ale aż trzech z nas, ja natomiast dokupuję zapasowe – perspektywa górskiej jazdy każe nam zabezpieczyć się odpowiednio na strome zjazdy. Nieustanna troska o kolana pozwala dalej jechać, ale nie uśmierza bólu całkowicie. Piotrek i Kuba, odsyłają część niepotrzebnie spakowanych rzeczy, by zmniejszyć ciężar swojego bagażu. Te czynności choć konieczne, wykradają nam cenny czas, ostatecznie wyjeżdżamy z Rzeszowa dopiero około godziny 14:00.

Mimo tak późnego wyjazdu, udaje nam się przejechać ponad 90km. Smagani deszczem i męczeni bólem kolan pokonujemy kolejne podjazdy. Decydujemy się na nocleg w namiotach, jeszcze w Polsce, nad rzeką, gdzie z braku materiału opałowego i ze względu na nieustający deszcz nie możemy rozpalić ogniska. Ciepły posiłek przyrządzamy dzięki Kubie, który zabrał ze sobą wojskowe kuchenki i paliwo. Po raz ostatni zasypiamy w Polsce, co dla mnie osobiście zawsze wiąże się z pewnym dreszczem ekscytacji, ale i niepokojem.

Dzień 3. Trzciana –> Oborin
18.07.2018 132km

Po raz pierwszy budzimy się w namiotach. Niedługo po tym jak udaje nam się zwinąć obóz i wyjechać przekraczamy Polsko-Słowacką granicę. Deszcz powoli staje się naszym przyjacielem, i nie spędza z naszych twarzy uśmiechów, bo dziś czujemy, że zaczyna się prawdziwa podróż. Tylko my, rowery i nieznane nam dotąd kraje. Jakby zostawione rowerzystom, prawie puste słowackie drogi i równie puste słowackie miejscowości to krajobraz zarówno interesujący jak i nieco przerażający. Pokonujemy dziesiątki kilometrów nie widząc szkół, posterunków policji, przystanków autobusowych ani nawet sklepów. Słowacja zaskakuje nas dzikością krajobrazu.

Dziś jazda idzie gładko, duża ilość zjazdów pozwala nam nieco się odprężyć, a Piotrowi wykonać wiele malowniczych zdjęć. Zbliżając się do granicy Słowacko-węgierskiej znajdujemy cichą polanę, gdzie rozbijamy namioty i choć nie możemy się umyć, to jak zawsze doceniamy nocowanie w namiotach. Każda noc na łonie natury jest odbiciem sensu Gentle Expeditions, świeże powietrze które nas budzi dodaje sił, by jechać dalej. Trzeba to poczuć, by wiedzieć o co chodzi w naszych podróżach.

Dzień 4. Oborin –> Hajduboszormeny
19.07.2018 146km

I znowu, radośnie przekraczamy granicę, tym razem Słowacko-węgierską. Poświęcamy trochę czasu na wymianę waluty i posiłek, powoli czując, że kilometraż, który wybraliśmy na tegoroczną wyprawę mógł być zbyt ambitny. Choć pokonujemy kolejne kilometry bez narzekań, to goniące nas terminy i chęć odwiedzenia wszystkich zaplanowanych państw mogą okazać się niemożliwe do pogodzenia bez pewnych kompromisów.

Podczas jednego z postojów rozważamy możliwości, by zmniejszyć dystans lub nadgonić brakujące kilometry gdyby zaszła taka potrzeba. Co robić? Jechać nocą? Zrezygnować z wizyty w Chorwacji by skrócić dystans? Wsiąść w pociąg? Pełen nadziei, że uda się nam odwiedzić gorące źródła w Hajduszleboszlo, forsuję też pomysł by nocować w tej miejscowości i skorzystać z tamtejszych basenów. Jak właściwie co roku, rzeczywistość wchodzi w brutalną konfrontację z naszymi planami i choć jeszcze tego dnia, nie musimy rozwiązywać tego problemu, to wiemy, że od niego nie uciekniemy.

Piękne pagórki ustępują miejsca bezkresnym równinom węgierskiej puszty. Ten zapierający dech w piersiach widok towarzyszy nam przez prawie cały dzień. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję oglądać krainę płaską jak stół. Było to naprawdę niesamowite doświadczenie.

Dojeżdżamy do celu, jakim jest kemping w Hajduboszormeny bardzo późnym wieczorem, zmęczeni rozbijamy namioty, bierzemy prysznic i robimy pranie. I nie myślcie czasem, że nasze pozostałe problemu odeszły w zapomnienie. Do bólu kolan dołączyły pośladki, do przemoczonych warstw ubrania – wilgoć w sakwach, która jak się okazuje nawet w przypadku wodoszczelnego bagażu jest niemałym utrudnieniem. Zaczynamy tęsknić, za ciepłym łóżkiem i rodzinami, a zwykły kemping to za mało by zniwelować towarzyszący wyprawie ogólny dyskomfort.

Dzień 5. Hajduboszormeny -> Gyula
20.07.2018 132km

Zdecydowani: by dojechać jak najdalej opuszczamy przyjazny kemping. Dziś po raz pierwszy, deszczowe chmury nie męczą nas tak jak wcześniej. Wykorzystujemy to by na ile to możliwe wysuszyć się, ale również pozwiedzać. Wizyta w Debreczynie – drugim największym mieście na Węgrzech pozwala nam wszystkim (ale głównie Wojtkowi) zaspokoić kulturoznawcze apetyty. Rozkoszujemy się pogodą, krajobrazem i gdy to możliwe – lokalna kuchnią.

Jak zwykle nasze rowery nie są do końca niezawodne. Wymiana dętki jest na wyprawie właściwie rutyną, dlatego tą, którą Piotr złapał dzisiaj traktujemy jako dobrą okazję do zrobienia sobie przerwy na węgierskiej wsi. Przyglądające się nam ze zdziwieniem słoneczniki – tak wspominam kolejne kilometry jazdy po węgierskiej ziemi.

Niezdecydowani: by nocować w Rumunii, postanawiamy zatrzymać się przed granicą. Aby zaoszczędzić trochę czasu, nie rozkładamy namiotów, nocujemy na karimatach pod mostem. Mając do dyspozycji rzekę i miękką trawę, czego można chcieć więcej?

Dzień 6. Gyula -> Zrenjanin
21.07.2018 239km

Ten dzień to jedno z największych wyzwań tej wyprawy. Dlaczego przejechaliśmy aż tyle zapytacie? Jesteśmy zdesperowani by zdążyć na niedzielną mszę świętą, o którą w Serbii wcale nie tak łatwo. Wiedząc, że w Zrenjaninie będzie możliwość by pójść do kościoła w ciągu jednego dnia przekraczamy granicę Węgiersko-rumuńską, a później Rumuńsko-serbską. Kręcimy ile sił, przez wiele godzin, mylimy trasę, czyli klasyczne Gentle Expeditions.

Około 7:00 wjeżdżamy do Rumunii. Pełni obaw, gdyż znając kraj jedynie z plotek i żartów, nie mamy pojęcia jak piękne jest to miejsce. Krajobraz przypomina ten węgierski – rozległe równiny z polami uprawnymi i pastwiskami. Dobrej jakości drogi, po których jeżdżą niezwykle przyjaźni kierowcy, co poznajemy po trąbieniu, którym nas pozdrawiają. Rumunia, którą mieliśmy okazję zobaczyć, to kraj zadbany i prężnie rozwijający się, natomiast większą ilość Cyganów spotkaliśmy na Słowacji niż w zniesławianej tak często Rumunii.

Dojeżdżając do granicy Rumuńsko-serbskiej, około godziny 22:00 Piotr namawia nas, by zatrzymać się u przydrożnego sprzedawcy arbuzów, gdyż jest zdecydowany kupić owoc. Okazuje się, że sprzedawca jest poza tym fizykiem, doktorantem teologii, pastorem lokalnego kościoła i bardzo przyjaznym człowiekiem. Udaje nam się poznać, zaprzyjaźnić, zrobić pamiątkowe zdjęcia, a arbuza (najpyszniejszego jakiego w życiu jadłem) dostajemy za darmo.

Nasz rajd nie kończy się jeszcze bardzo długo. Wjeżdżamy do Serbii, która sprawia wrażenie jednej wielkiej imprezy. W trzech kolejno mijanych miejscowościach trwały koncerty, a mrowie ludzi w różnym stanie trzeźwości kręciło się dosłownie wszędzie. Na drodze, mijali nas pędzący motocykliści, rozwrzeszczani uczestnicy nocnych imprez pozdrawiali nas z nadmiernym entuzjazmem, a my, zmęczeni jak nigdy mieliśmy do przejechania jeszcze dziesiątki kilometrów.

Dojeżdżamy do Zrenjanina około godziny 4 nad ranem. Praktycznie padamy na miejskim skwerze, gdzie kilka godzin snu musi nam wystarczyć do rana, kiedy to pójdziemy na mszę św. Nie był to jednak tak mocny sen jak można by się spodziewać po kilkunastu godzinach i prawie 240km jazdy obciążony sakwami rowerem. Przemierzający Zrenjanin zabłąkani imprezowicze nie pozwalali mi zasnąć na dłużej niż kilkanaście minut. Jedynym pocieszeniem była nadzieja, że następna noc będzie przyjemniejsza.

Dzień 7. Zrenjanin –> Belgrad
22.07.2018 79km

Po mszy świętej, gdzie nasza obecność była dla przemiłego lokalnego księdza niemałym zaskoczeniem, wyruszamy do stolicy Serbii – Belgradu. Odcinek do przejechania mamy krótki, ale i sił mało. ''Nocleg'' Pod krzakiem trudno uznać za udany, choć na pewno była to kolejna przygoda, której nie zapomnimy.

Dojeżdżamy do Belgradu i po dłuższych poszukiwaniach udaje nam się znaleźć nocleg, który niestety po zakwaterowaniu okazuje się nie spełniać wszystkich oczekiwań. Właściciel hotelu, najpierw przytakiwał, że będzie możliwość by zrobić tam pranie, okazał się nie rozumieć słowa ''pranie'', ani w języku polskim ani angielskim ani niemieckim. Później przyznał się nam, że nie wiedział o co chodzi, a my musieliśmy obejść się smakiem i pranie wykonać ręcznie w niezbyt czystych hotelowych łazienkach. Odniosłem wrażenie że w Serbii wszyscy palą, zarówno z obserwacji otoczenia, jak i zapachu naszego pokoju. Tak czy inaczej hotelu z pewnością nie polecamy.

W obliczu zmęczenia związanego z przejechaniem pierwszego 1000km w czasie tej wyprawy, niekorzystnych okoliczności noclegowych i spodziewanych na naszej trasie gór, podczas wieczornego posiłku podejmujemy decyzję, że aby zdążyć na samolot i nie rezygnować z odwiedzenia Chorwacji część trasy pokonamy pociągiem. I z tą myślą i planem idziemy spać w łóżkach, które są zdecydowanie zbyt twarde jak na zapłacone pieniądze.

Dzień 8. Belgrad –> Uzice –> Mokra Gora
23.07.2018 25km

Jak wyjaśniłem wczoraj, dzień zaczynamy od jazdy pociągiem. Ten czas to nie tylko zyskane kilometry, i podjazd prawie 400m n.p.m., ale również kilka godzin solidnego wypoczynku.

Przyjechawszy do Uzic mamy okazję po raz kolejny przyjrzeć się paskudnej postkomunistycznej zabudowie serbskiego miasta. Na szczęście humor poprawiła nam bogata w tłuszcze nasycone i sól kamienną tradycyjna kuchnia, djąc siłę by wyjechać z miasta i rozbić obóz nad niewielkim górskim potokiem. Te 25km to był przedsmak czekających nas morderczych podjazdów, i choć mieliśmy pewne obawy, to po przygodach poprzedniego tygodnia nabraliśmy zaufania do swoich sił i wierzyliśmy, że góry Bośni i Hercegowiny nas nie zatrzymają.

Dzień 9. Mokra gora –> Foca
24.07.2018 121km

Serie podjazdów mocno skracają nasze dzienne dystanse, jednak z radością wjeżdżamy do BiH. Piękno górskich krajobrazów tego kraju jest nie do opisania. Nagradzane widokami podjazdy to w moim odczuciu najlepsze przeżycia tej wyprawy, natomiast osiągane na późniejszych zjazdach zawrotne prędkości były okazją by zarówno odpocząć, jak i przepuścić przez żyły trochę adrenaliny. Innymi słowy, świetnie się bawimy rzucając wyzwanie górom Bałkanów, a zdobyte szczyty są warte każdej kropli wylanego na nich potu.

Zaraz po wjeździe do BIH mieliśmy okazję w przydrożnym zajeździe zjeść śniadanie. Bardzo perswazyjna właścicielka lokalu wcisnęła nam oprócz omletów, na które mieliśmy ochotę, drobiowe kotleciki, co było jedynie ciekawą próbką Bośniackiego świata.

Nocleg znajdujemy przy niezwykle rwącej rzece Aramienien Drina i muszę powiedzieć, że był to jeden z naszych najprzyjemniejszych obozów. Lodowaty nurt, który miało się wrażenie, że mogłaby porwać nas razem z rowerami to w języku GE orzeźwiająca kąpiel, a dostępność opału to ciepła kolacja z ogniska. Osobiście, w takich noclegach, znajduję największe otświeżenie.

Dzień 10. Foca –> Bileca
25.07.2018 106km

Powoli czujemy, że górskie dystanse przestają być wyzwaniem, a pozostała do przejechania część wyprawy jest jak najbardziej w zasięgu. Dobrych humorów nie psują nam padające wciąż niekiedy lekkie deszcze, ani nawet pęknięta szprycha w rowerze Kuby. Fachowość Piotrka pozwala nam przejść nawet taką usterkę bez szwanku, a nadrobione pociągiem kilometry dają pewność, że wszystko zdążymy zwiedzić. Choć wcześniej zdecydowaliśmy się nie odwiedzać Sarajewa, by nieco skrócić trasę, cieszymy się, z każdego kilometra przejechanego przez Bośnię i Hercegowiną. Jest tu pięknie, kierowcy przyjaźni jak Ci rumuńscy, a lokalna kuchnia to niezmienny bałkański kompromis między solą, a tłuszczem.

Znajdujemy nocleg na niezwykle kamienistym brzegu jeziora Bileckiego, i choć trudno jest tam znaleźć miejsce dobre do rozbicia namiotu, to po raz kolejny mamy komfortowe miejsce aby umyć się i spokojnie wyspać.

Dzień 11. Bileca –> Kupari
26.07.2018 92km

Nie bez żalu wyruszamy wiedząc, że dziś opuścimy BiH, ale nasze oczy zwrócone są w przód. Dziś zobaczymy w końcu morze, do którego jechaliśmy tak długo. Kolejne szczyty zdobywamy bez wysiłku, za każdym razem licząc, że to właśnie za tym kolejnym dostrzeżemy chorwackie wybrzeże Adriatyku. I w końcu nie mylimy się. Wyjechać zza zakrętu i zobaczyć na horyzoncie upragnione fale to uczucie, któego ramy tej relacji, ani nawet zdjęcia nigdy w pełni nie oddadzą.

Jadąc do Czarnogóry bardzo zależało nam, aby na swojej trasie zahaczyć o Dubrovnik. Nie pożałowaliśmy – to piękne miasto zachwyca starówką, ale kojarzymy je też z astronomicznymi cenami i tłumami ludzi. Dla nas była to możliwość kolejnego przetestowania swoich umiejętności – charakter miast, które jest osadzone na schodzącym do nabrzeża zboczu zmuszał nas do dawania z siebie wszystkiego, a plaża którą zdecydowaliśmy się odwiedzić oznaczała noszenie rowerów po kilkunastu metrach wąskich schodów. Tym niemniej kąpiel w Adriatyku, w końcu, jedenastego dnia wyprawy była długo wyczekiwaną przez wszystkich atrakcją.

Opuszczamy zatłoczone miasto, by znaleźć na nocleg spokojniejsze miejsce. Choć jest późny wieczór i opuszczone budynki podziurawione niecałe 30 lat temu przez pociski mogą przerażać, znajdujemy betonowe nabrzeże na którym aż prosi się rozłożyć karimaty i zasnąć, co też robimy. Czujemy się wspaniale wąchając do snu uprgnione morze, bo wiemy, że zasłużyliśmy, żeby tu być.

Dzień 12. Kupari –> Herceg Novi
27.07.2018 50km

Po porannej kąpieli i sesji skoków do wody, w końcu wyjeżdżamy, po to by za chwilę znowu zatrzymać się na malowniczej plaży u podnóża klifu. No nie całkiem się tam zatrzymać, gdyż zatrzymaliśmy się na samym klifie, natomiast aby dostać się na plażę, musieliśmy znieść rowery pokonując w dół prawie 100 metrów schodów (tak, 100 metrów!). W takich momentach najwięcej radości sprawiają nam zawsze zdziwione spojrzenia gapiów. Niektórzy pokazują nas palcami, inni śmieją się albo robią zdjęcia, czasem zagadują. Jeśli kiedyś zobaczyć podobną scenkę – to możemy być my – nie zostawimy przecież bagażu i rowerów, które są naszym być albo nie być na pastwę przechodniów.

Szukając plaży trafiamy do zabytkowego wiejskiego kościółka, jak się okazuje największego w diecezji dubrovnickiej, gdzie kustoszem jest sympatyczna chorwatka chętnie opowiadająca nam o historii tego miejsca i okropnościach wojny po rozpadzie Jugosławii.

Tego dnia pokonujemy też granicę Chorwacko-czarnogórską i mamy okazję już w Czarnogórze podziwiać pełne zaćmienie księżyca. Poznajemy pierwsze uroki Czarnogóry – piekielnie nerwowych kierowców, i luźne podejście do życia. Nocleg znajdujemy na kempingu w Herceg Novi, gdzie od sympatycznego właściciela dostajemy dużą zniżkę.

Dzień 13. Herceg Novi –> Budva/Cetnije
28.07.2018 66km/90km

Podróżując Czarnogórskim wybrzeżem napawamy się finałem wyprawy. Podczas obiadu Piotrek przedstawia naszej grupie pomysł by zmienić nieco trasę i odwiedzić park narodowy NAZWA. Nie decydujemy się jednak aby jechać tam całą grupą – nie jesteśmy pewni czy wszyscy poradzimy sobie z wjazdem na taką wysokość, niektórzy z nas chcą nacieszyć się plażami, i zobaczyć największy Czarnogórski kurort Budvę. Dlatego postanawiamy rozdzielić się na dwie grupy z których jedna: Piotrek i Konrad jedzie do parku, natomiast reszta z nas kontunuuje podróż wybrzeżem.

I tak inaczej wyglądały następne dwa dni dla Piotrka i Konrada, a inaczej dla mnie, Kuby, Jędrzeja i Wojtka. Oni zrelacjonują za chwilę swoje przeżycia, my natomiast spokojnie dojechaliśmy do Budvy, która nigdy nie śpi, i w której kosi się trawę nawet o godzinie 6 rano czego doświadczyliśmy osobiście, śpiąc na plaży.

Dzień 14. Budva/Cetnije –> Podgorica
29.07.2018 66km/52km

Kolejna niedziela, poranek spędzamy zatem na mszy świętej. Wtedy też dostrzegamy największą usterkę tej wyprawy: pęknięte koło Jędrzeja. Jeszcze podczas nabożeństwa rozważamy możliwości. Na szczęście jest to ostatni dzień, decydujemy się zatem aby prowizorycznie naprawić koło. Odciążamy tylną oś, i Jędrzej pokonuje 66km z tym pękniętym kołem, na szczęście udaje się mu dojechać. Nasza trasa okazuje się nie być tak łatwa jak przewidywaliśmy, co po dwóch tygodniach ciągłej jazdy nie jest jednak problemem. Pokonujemy konieczne podjazdy, zwiedzamy park narodowy Lovcen i dojeżdżamy do Podgoricy na spotkanie z Piotrkiem i Konradem, którzy mieli czas na znalezienie odpowiedniego do uczczenia udanej wyprawy noclegu. Przemili gospodarze obiecują pomóc nam z transportem bagażu (w tym rowerów) na lotnisko, więc czujemy się gotowi na jutrzejszą dziewiczą podróż samolotem razem z rowerami.

Dzień 15. Podgorica -> Katowice -> Kraków/Warszawa/Lublin
30.07.2018 ok. 1750km

Z uśmiechami wracamy do swoich miejsc zamieszkania. O 1:00 wylatujemy z lotniska w Podgoricy do Katowic. Tam rozstaje się z nami Konrad, wracający do Krakowa. Reszta z nas jedzie pociągiem z Katowic do Warszawy. Nie spodziewaliśmy się, że czeka nas przenoszenie bagażu "na zakłądkę" po peronach. Bagaży 7, a nas tylko 5 :) W Warszawie Jędrzej i Wojciech opuszczają grupę. Andrzej, Jakub i Piotr wracają ze swoim sprzętem do Lublina.